Miecz w skale, upadły Londyn, dużo efektów i Król Artur, który zna karate.

1200x675

Szedłem do kina bez przekonania, a tymczasem dostałem kawał niezłego, rozrywkowego kina. Umówmy się, ten film nie jest ani historyczny, ani skazany na kilkanaście Oscarów. To pewnie też nie najlepszy film Guy’a Ritchiego. Ma w sobie jednak to coś, co powinno cechować typowo rozrywkowe produkcje.

Spodziewałem się filmu pokroju „Królewny Śnieżki i Łowcy” czy „Łowcy i Królowej Lodu” i faktycznie te produkcje mają sporo podbieństw. Jest mrocznie, jest też bardzo luźne nawiązanie do klasycznych opowieści. Jednak „Król Artur” to przede wszystkim autorskie dzieło Ritchiego i to widać niemal na każdym kroku – gangsterski klimat, humor (wyczekujcie ostatniej sceny!), brytyjskość (chociaż jesteśmy przecież w V czy VI wieku!), niezłe dialogi, a przede wszystkim dynamiczny, teledyskowy montaż.

Jest też sporo nowoczesności w postaci CGI, ale niestety to akurat minus. Jest trochę zbyt kiczowato. Szczegółów nie będę oczywiście zdradzał, ale z finałową walką pojechali trochę po bandzie. Rozumiem konwencję, ale bez przesady. Co innego scena z wyciąganiem miecza z głazu (znacie ją pewnie z trailera) – ta jest po prostu epicka, chociaż też na granicy kiczu:

Zastanawiałem się jak w roli Artura poradzi sobie Charlie Hunnam i muszę przyznać, że dał radę. Podobnie jak Jude Law, ale tego akurat można było się spodziewać. Chyba nie widziałem go nigdy w roli czarnego charakteru, a tu był po prostu świetny. Swoją drogą mam wrażenie, że Jude nie powiedział ostatniego słowa i najlepsze jeszcze przed nim. Pozostali aktorzy? Bez wyrazu, nikogo specjalnie nie zapamiętam na dłużej.

Jednak najbardziej w „Legendzie Miecza” podobało mi się samo podejście do historii. Nie ma odtwarzania, jest za to pisanie nowej opowieści, skrojonej na miarę odbiorców w 2017 roku. I tu kolejny raz wielki ukłoń dla twórców, zostawić swoje piętno na doskonale znanej historii to wyzwanie. Zresztą, Guy Ritchie zmierzył się z tym przy okazji Sherlocka Holmesa. I to z ogromnym sukcesem.

Podsumowując – warto wybrać się do kina. Rozrywka na dobrym poziomie, chociaż do obu Sherlocków Arturowi mimo wszystko daleko.

Filmy oglądam dzięki Cinema City.