Gdzie byłem, kiedy mnie nie było?

nature-768569_1920

Co to za nazwa? Co się stało z Oh My Deer?! Czy klasycznie powinienem zacząć cytatem z Matrixa? A może po prostu: ZMIENIAM SIĘ DLA WAS? Właściwie… to długa historia.

Jak pewnie zauważyliście, od ponad pół roku nie blogowałem, mój fanpage też raczej świecił pustkami. Co się stało? Właściwie… to jednak krótka historia. Nic się nie stało, po prostu nie miałem czasu, trochę mi się nie chciało, chociaż ciekawych tematów było pod dostatkiem. W każdym razie nie pisałem, nie postowałem, generalnie mnie nie było.

W pewnym momencie stwierdziłem jednak „kurczę, napisałbym sobie coś”. Problem polegał na tym, że przestałem utożsamiać się z nazwą Oh My Deer. Raz, że takich jeleni jak ja pojawiło się multum, łącznie z marką odzieżową dla dzieci, którą codziennie wypluwał mi raport od Brand24. Nawet H&M zrobił sweter z podobnym napisem. Bez sensu.

Pojawiło się więc kluczowe pytanie – skoro nie pod starą nazwą, to pod jaką? I przede wszystkim, czy ja w ogóle potrzebuję jakiejś nazwy? Nigdy w życiu nie miałem pseudonimu czy przezwiska. W związku z tym rozwiązanie było jedno – pisać pod swoim nazwiskiem. I tak też robię i będę robił.

Czy coś się zmieni w tematyce? Raczej nie, chociaż rezygnuję z pisania o knajpach, od tego mam specjalny fanpage. O Gdańsku i Trójmieście? Może czasem, ale raczej wolałbym dotykać uniwersalnych tematów. Planuję też raz na jakiś czas pisać o swojej pracy, o prowadzeniu firmy, byciu freelancerem etc.

I jeszcze jedno. Blog celowo znalazł się pod adresem blog.siedlinski.com. Na siedlinski.com znajdzie się niebawem moja strona firmowa. Od ponad dwóch lat prowadzę swoją firmę, ale nie miałem czasu zadbać o swoją markę osobistą. Teraz też nie mam, ale trzeba się ogarnąć. Szewc nie może wiecznie chodzić bez butów.

Na koniec ogromne podziękowania wszystkim bliskim blogerom i nie-blogerom za rady i oczywiście dla niezastąpionej Emilii, która stworzyła logo. Dzięki ziomeczki!

Żebyście od razu nie wyłączali zakładki z moim nowym-starym blogiem przeczytajcie recenzję „Króla Artura”.